Stones on Travel, czyli świat nie taki straszny.. Poznaj Arka i Olę!


Dziś przedstawię Ci niesamowitych ludzi - Arka i Olę, którzy tym co robią zapierają mi dech w piersiach, wzbudzają podziw, ale też zazdrość! Polacy, którzy aktualnie zostawili swoje ślady w całej Ameryce Łacińskiej nie poddają się i prą na przód do celu. Ich przygody możecie na bieżąco podziwiać na fanpage'u Stones on Travel - fb, instagramie Stones on Travel - ig, oraz blogu Stones on Travel - blog.

Zgodzili się udzielić odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, zatem nie przedłużam, zapraszam Cię do pięknego i wciągającego świata.. ;)



Ja: Arku, z początku podróżowałeś sam, jak to się stało, że wybrałeś taki (dla mnie na prawdę bardzo ciekawy) styl życia? Skąd pomysł i to akurat na zwiedzanie tak odległegoo kontynentu?  

Arek: Podróżować chciałem od zawsze. Szczególnie przyciągała mnie Ameryka Łacińska, zwłaszcza po tym, jak w 2012 roku wziąłem udział w dwumiesięcznym wolontariacie europejskim w Meksyku. Odniosłem wrażenie, że zostawiłem tam kawałek serca. Dlatego wyjeżdżając nie powiedziałem "żegnaj", ale "do zobaczenia Meksyku". Od tego momentu myśl, aby znowu wyjechać za Wielką Wodę, nie dawała mi spokoju. Niestety praca i inne obowiązki nie pozwalały na to. Dzień po dniu uciekał, a marzenia przykrywał kurz. Aż do 2016 roku, kiedy zakwalifikowałem się do pracy jako wolontariusz podczas olimpiady w Rio de Janeiro. To był ten moment! Albo teraz, albo nigdy! Uścisnąłem rękę szefa, kupiłem bilet w jedną stronę i całe to szaleństwo zaczęło się dziać naprawdę.

Początkowo plan zakładał przejechanie autostopem do Ushuai, na południowy kraniec Argentyny, a potem zawrócenie o 180 stopni i w taki sam sposób dotarcie na koło podbiegunowe w Kanadzie. Ale po półtora roku w Ameryce Południowej zorientowałem się, że podróżuje za szybko, że chce poznawać więcej ludzi i miejsc. Że chce intensywniej poznawać siebie i świat. Stąd decyzja, aby od Panamy zacząć iść pieszo.

Ja: Jak wspominasz początek? Były jakieś problemy? I bardzo jestem ciekawa jak reagowali ludzie widzący Cię tam śpiącego na przykład w namiocie, gdzieś niedaleko centrum czy robiącym sobie posiłek w parku? 

Arek: Początek, ten autostopowy i pieszy, wiązał się z dużą dozą niepewności i lęku. Nowy kontynent, inne realia, komunikatywna, choć wciąż słaba znajomość języka. A do tego te wszystkie stereotypy o Ameryce Łacińskiej. O ile do podróżowania autostopem potrzebny był tylko kciuk, który przecież zawsze jest pod ręką, to do pieszej wyprawy potrzebowałem wózka, aby transportować swój minimalistyczny dobytek. Znalezienie odpowiedniego w Panamie było nie lada wyzwaniem! Termin ruszenia w trasę zbliżał się nieubłaganie, a najlepszym dostępnym mi rozwiązaniem był dwukołowy wózek do transportu skrzynek z napojami. W końcu jednak, zaangażowana do pomocy koleżanka, znalazła w internecie używany wózek dziecięcy. Dokładnie taki, o jakim marzyłem. Teraz wystarczyło przełamać barierę lęku przed czymś zupełnie nowym i rozpocząć ten długi marsz. I tak jak w przypadku autostopu, tak i teraz okazało się, że najtrudniejszy był ten pierwszy krok. Samochód po samochodzie, albo krok po kroku, przesuwałem się bez problemu w założonych kierunkach, po drodze poznając masę wspaniałych ludzi. Potem przygoda wypełniła moje żagle, i nie wiedzieć, jak to się stało, ale już prawie trzy lata pływam po drożach i bezdrożach Ameryk.

Ludzie reagowali niesamowicie otwarcie! Wiedzieli, że jestem długodystansowym podróżnikiem, których swoją drogą jest tutaj naprawdę wielu. Podchodzili ciekawi pytając skąd, gdzie, jak i po co. Czasami przynosili posiłek, innym razem poduszki i kołdry, a jeszcze indziej zapraszając do swoich domów. Prawa i zwyczaje Ameryki Łacińskiej są o wiele bardziej liberalne od tych europejskich, dlatego spanie pod namiotem na głównym placu miasta czy gotowanie na nim posiłku nikogo nie obrusza. Inaczej wygląda sytuacja w Stanach Zjednoczonych, ale tego co tu można, a za co można przeżyć bliskie spotkanie trzeciego stopnia z policją, dopiero się uczymy.

Ja: To pytanie na pewno się powtórzy, jednak najciekawsza i najstraszniejsza z Twoich przygód?

Arek: Ciężko wybrać jedną, najciekawszą historię. Każdy dzień wart jest opowiedzenia. Najważniejsi są dla mnie w tej wyprawie ludzie i to spotkania z nimi, są prawdziwymi przygodami. Tak jak Mario, poznany w Kostaryce, który pokazywał mi swoje uczelniane dyplomy i zdjęcia z lat 80' i 90' kiedy pracował jako programista w Dolinie Krzemowej. Zaś teraz jest ulicznym szewcem!

Najstraszniejszą zdecydowanie była nic w Limie, stolicy Peru, kiedy dwóch facetów napadł mnie i próbowali pozbawić mnie głowy. Skończyło się na porozcinaniu dłoni, którą starałem się chronić gardło i twarz, i stracie pieniędzy, które miałem przy sobie. A jeśli pytasz o taką dotyczącą wyłącznie pieszej części wyprawy, to najstraszniejsi okazywali się kierowcy, którzy za nic mają rowerzystów i pieszych. Często musiałem uciekać przed nimi w rowy i przydrożne krzaki. W innym przypadku potrąciliby mnie!

Ja: Jak się poznaliście? Skąd wyszedł pomysł dalszej już wspólnej wędrówki? 

Ola: Podobno to miłość pcha świat do przodu, mnie też właśnie ona popchnęła do tej szalonej przygody. Arka poznałam w San Cristóbal de las Casas na samym południu Meksyku, gdzie mieszkałam przez ostatnie siedem lat. Śmiejemy się, że długo kazał na siebie czekać, a kiedy był już tak blisko - w Panamie - jeszcze jak na złość zwolnił i zaczął iść pieszo. Ale w końcu się doczekałam. Arek do San Cristóbal miał w ogóle nie wchodzić, ale przekonał go nas wspólny kochany znajomy Zdzich Rabenda, również podróżnik, który napisał mu, że MUSI mnie poznać. Arek zamiast planowanych trzech dni w moim miasteczku został trzy miesiące. Pierwszy miesiąc spędziliśmy jeszcze jako kumple, coś między nami zaczęło się rodzić dopiero cztery dni przed moim planowanym wyjazdem do Polski na promocję mojej książki. Po tych czterech dniach Arek czekał na mnie dwa i pół miesiąca! Coś musiało w tym być, więc zgodziłam się na to szaleństwo. Zaczęliśmy iść razem. Przez Meksyk i przez życie.

Ja: Jestem ciekawa jak to u Ciebie było? Nie miałaś obaw przed chodzeniem po całkowicie obcym kontynencie? 

Ola: To nie nieznanego kraju się bałam. Meksyk znałam dość dobrze, więc wiedziałam mniej więcej, czego się spodziewać. Bałam się, że odnowi mi się kontuzja kostki, której nabawiłam się w wakacje w Polsce. Albo że będę takim mięczakiem, że nie dam rady kondycyjnie. Bo ostatnie lata spędziłam pracując przed komputerem, praktycznie bez żadnych aktywności fizycznych. A pierwsze dni nie były dla mnie łatwe: na początku szliśmy rozpalonym do czerwoności wybrzeżem, a potem przebijaliśmy się przez góry Oaxaki. To chyba były obiektywnie jedne z trudniejszych fragmentów naszej trasy, a mi trafiły się dokładnie na samym początku! Doszły do tego chyba wszystkie możliwe dolegliwości stóp: odciski, odparzenia, grzybica, schodzący paznokieć. Ale jakimś cudem dałam radę, niesamowite, do czego zdolne jest ludzkie ciało, jak jego mózg się zaprze. Bardzo dużo mi to dało do samooceny, odnalazłam w sobie siłę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. 

Ja: Co Was ciągnie i dodaje sił do dalszej wędrówki?

Arek: Pragnienie poznawania świata i siebie. To przygoda sama w sobie. Sprawdzanie, gdzie leżą granice naszych możliwości, fizycznych i psychicznych, oraz próba ich przesuwania. Prawdą też jest, że po tym, co już przeszliśmy, ciężko jest się zatrzymać. Pęd, którego nabraliśmy, sam popycha nas do przodu. Po kilku dniach odpoczynku nogi aż same proszą się o przejście kilku kilometrów. 

Ja: Co na waszą podróż, na w sumie tak szalony pomysł mówiła rodzina?

Arek: Początkowo moja mama była pełna lęków i obaw. Ale z biegiem czasu i kilometrów, przekonywała się, że świat nie jest taki straszny, jak go malują. Teraz od całej mojej rodziny, dostaje niesamowite wsparcie! Wszyscy trzymają kciuki i wysyłają dużo pozytywnej energii. Są naprawdę dumni z tego, co i jak robię.

Ola: Moja rodzina już się chyba przyzwyczaiła. Podróżuję, od kiedy zaczęłam studia, więc to już parę dobrych lat ;) Moja mama na początku bardzo się bała i musiałam się u niej meldować codziennie sms-em, że jestem cała i zdrowa. Ale potem postanowiłam, że zamiast zapewniać, że mój sposób podróżowania wcale nie jest taki niebezpieczny, jak jej się wydaje, po prostu jej go pokazałam. Pojechałyśmy razem z plecakami do Maroka, wszystko robiąc po mojemu, tak jak zwykle podróżuję. Mamie szczególnie spodobał się Couch Surfing, z którego korzystałyśmy w trakcie podróży. Ten wyjazd dużo dał nam obu. Mama przestała się o mnie bać, a także zainspirowana podróżami zaczęła się uczyć angielskiego. A jeśli chodzi o tatę, to pewnie martwi się o mnie, ale nie daje po sobie poznać, bo jest z tych tatów małomównych. Ostatnio w rozmowach ogranicza się do taksowania mnie wzrokiem i kwitowania wszystkiego jednym słowem: "Schudłaś!". Bo schudłam rzeczywiście, od początku naszej podróży będzie to 12 kilogramów. Chodzenie jest fajniejsze niż siłka i crossfity, polecam, Ola Synowiec. 

Ja: Wasz cel podróży?

Arek: Być szczęśliwymi ludźmi :) A geograficznie celem tej wyprawy jest północne koło podbiegunowe w Kanadzie.

Ja: W zasadzie niedawno na waszym fanpage'u czytałam, że styliście się sławni! Jaka była wasza pierwsza reakcja na chęć zrobienia sobie z Wami zdjęcia? Na wieść o tym, że mówi o Was w sumie cała Ameryka Łacińska?

Arek: Nie przesadzajmy! Za sprawą kilku udzielonych wywiadów zrobiło się o nas głośno wyłącznie w mediach północnej części Meksyku. Ale muszę przyznać, że zaskoczył nas tak pozytywny odzew, no i zasięg publikowanych o nas treści. W kulminacyjnym momencie nie mogliśmy przejść trzech kilometrów, aby ktoś nie chciał sobie z nami zrobić zdjęcia! A z zatrzymujących się obok samochodów tworzyły się prawdziwe kolejki. Jednak każde takie spotkanie dodawało nam niesamowitej energii! Motywowało i przekonywało, aby dalej iść obraną drogą.

Ja: Teraz powtórka, już tym razem Wasza wspólna najciekawsza i najgorsza przygoda? 

Ola: Magiczne są takie sytuacje, kiedy jedno małe wydarzenie napędza całą machinę niezwykłych kolei rzeczy. Jak wtedy, gdy zaszliśmy na chwilę do niedziałającego od lat kina w małej miejscowości w stanie Sinaloa. Spotkaliśmy rodzinę, która prowadziła je od lat sześćdziesiątych. Pokazali nam kino, opowiedzieli jego historię splatającą się z historią miasteczka oraz rodziny. Zrobiliśmy zdjęcia, wrzuciliśmy je na nas fanpage, a wpis poszedł w viral! Setki udostępnień, z czego większość należąca do mieszkańców miasteczka. Przypomnieliśmy im o perełce, którą mają tuż pod nosem. Pojawiły się nawet głosy o rewitalizacji kina. Kto wie, może będziemy mieć w niej swój mały udział. W związku z postem odezwało się do nas kilka osób, w tym syn byłego operatora, obecnie ksiądz w kościele w północnej Sonorze, gdzie kręcono jedną z części "Szybkich i wściekłych". Ksiądz zaprosił nas do siebie, a my po kilku tygodniach w końcu się do niego doczłapaliśmy. Co więcej - poinformował o nas kolejnych księży na naszej drodze. Dzięki temu byliśmy gośćmi w ośrodku dla migrantów, co było dla nas wyjątkowo mocnym przeżyciem, bo niejako pokonujemy podobną drogę co oni. W miejscowości Caborca zaopiekował się nami ksiądz Nicolas, niezwykła postać, który przygotował dla nas najpiękniejszą niespodziankę na naszej drodze - zaprosił nas na niedzielną mszę, podczas której nagle w kościele tłum wyciągnął polskie flagi i wszyscy krzyknęli po polsku "Witajcie". Okazało się, że flagi przygotował wcześniej z dziećmi na katechezie, opowiadając im przy okazji o Polsce. Łzy leciały mi z oczu jak rzęsisty deszcz. 

Jednym z najtrudniejszych dni przydarzył się zaś nam na pustyni. Wszystko przez tutejszą faunę, ale nie mówię wcale o kojotach czy grzechotnikach, ale... o bezdomnych psach i kotach. Rano, korzystając z naszej pięciominutowej nieuwagi, jakiś cwany kocur dobrał się do naszej wózkowej spiżarki i spałaszował zapasy na trzy dni. Jeden mały kot! W pięć minut! Potem przyszedł marsz przez pustynię, niełatwy, bo Arek nabawił się problemów żołądkowych. Wieczór nie przyniósł ukojenia. Pozwolono nam się rozbić na terenie wioskowej podstawówki, ale po wejściu na jej teren zdaliśmy sobie, że nasze opony są oblepione malutkimi kolcami, z kaktusa zwanego tu torito. Były ich dosłownie dziesiątki, jeśli nie setki! Zaledwie po kilkunastu metrach nasze dętki wyglądały jak sito. Wzięliśmy się za naprawę, wcześniej zabezpieczywszy jedzenie, nauczeni porannym doświadczeniem z kotem  Ale wtedy... bezdomny pies porwał nasz śpiwór! Arek zaczął go gonić, ale pies pobiegł w ciemną wieś. To była zimna noc, ale z nowym dniem przyszła nowa nadzieja. Znaleźliśmy śpiwór przy jednej z wiejskich dróg. Nawet nie był specjalnie pogryziony.

Ja: Czego obawiacie się w dalszej podróży? 

Arek: Kanadyjskiej zimy i tamtejszych niedźwiedzi znanych że swojego łakomstwa :D Aby dotrzeć na północne koło podbiegunowe przed nastaniem mrozów musimy mocno wyciągać nogi.

Ja: Co potem? Zwiedzicie, a raczej przejdziecie Ameryki, będziecie mieć na koncie wiele wspaniałych chwil, przygód, wspomnień. Będziecie znać tradycje (na pewno już jakieś znacie?), zwyczaje.. (aż znów bym miała do Was milion pytań do), macie zamiar wrócić do Polski? A może chcecie przejeść kolejne kontynenty?

Arek: Chcemy wrócić na kilka miesięcy do Meksyku, aby zimę spędzić pod jego ciepłym słońcem. Zaś na wiosnę przyszłego roku planujemy wrócić do Polski, aby tym razem przejść dookoła nasz kraj. Zaś w przyszłości kto wie! Znaleźliśmy kilka przepięknych szlaków, w Europie i na innych kontynentach, które chcielibyśmy zdreptać. 

Ola: Bo jak już się zacznie iść, to potem naprawdę trudno się zatrzymać.


Kochani! Jesteście niesamowici! Mam nadzieję, że osiągniecie swój cel i zrealizujecie dalsze plany! Nie mam zamiaru nic dodawać, ani nic komentować (przynajmniej nie tutaj :D), za to z całego serca Wam życzę już oficjalnie zdrowia i sił; czekam na kolejne opowieści.. ;)
 Trzymam kciuki! +


A do Ciebie mam prośbę, oni nie mają pojęcia, że to zrobię ;)
Tutaj: klik jest ich profil na patronite, jeśli możesz dorzuć im grosik, tak w razie, gdyby bardzo był im potrzebny, a może z uznania czy po prostu jako rodak. Będzie mi niezwykle miło! 

Komentarze

  1. Sa niesamowici 😍 obserwuje ich od niedawna na instagramie i za kazdym razem daja mi takiego kopa do dzialania i nie poddawania sie. Jest w nich cos magicznego, silnego i niezwykle chwytajacego za serce ♥️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak! Mają odwagę podążać za marzeniami, a ich radością można zarazić się nawet przez internet! 😊 Są również otwarci na rozmowę, opowiadania.. cały czas liczę, że gdy wrócą do Polski będą chcieli się ze mną spotkać 😅😍

      Usuń

Prześlij komentarz

Jeśli widziałeś post daj mi znać.
Jeśli spodobał Ci się wpis podaj go dalej!
Za każdy komentarz i udostępnienie bardzo dziękuję <3.