Matka, ja to chcę! Kup mi!


Od wczoraj siedzi mi pewna sytuacja w głowie, której nie potrafię przeboleć, ani zapomnieć. Wracając z dzieciakami do domu weszłam do żabki po picie. W sumie nie zamierzałam brać nic innego, ale spytali mnie o coś słodkiego. W efekcie zgodziłam się na coś małego i bez czekolady, wybrali lizaki.

Stojąc w kolejce Jaś chciał wymienić chupa-chups'a na tego samego, którego wybrała sobie Zuzia. Zgodziłam się bez problemu, w tym czasie za nami stanęła kobieta z około rocznym synkiem. Maluch był bez wózka i bez problemu chodził sobie między moimi dzieciakami na co zapewne nie zwróciłabym w ogóle uwagi, jednak uderzył mnie fakt, że mama go nie woła do siebie, a przegląda internet.

Niby nic takiego, przecież co najmniej 80% społeczeństwa tak robi, w tym kobiety z dziećmi. Matka też człowiek ma się rozumieć. Maluch wziął lizaka i poszedł do mamy, ta już z jednym w ręce spogląda na niego i z góry mówi "już jednego masz, chcesz go wymienić?" chłopczyk pokręcił głową i podał mamie lizaka. Ta wzięła go do ręki i wróciła do wcześniej czynności. Za chwilę chłopiec wziął ciasteczka i zrobił to samo. Matka westchnęła i wzięła je. Sytuacja powtórzyć zdążyła się kilka razy nim ja dokonałam zakupu.

Gdy odeszłam od kasy przyszła pora na mamę z synkiem. Kasjerka kasuje słodkości, a maluch znów przynosi mamie jakieś cukierki z małpką u góry, ta mówi nie i odkłada je, na co maluch w krzyk i kwik. Kończyłam akurat przelewać Hani wodę do butelki, więc spojrzałam na moich starszaków patrzących z zainteresowaniem na krzyczącego malca. Nagle kobieta wzięła małpkę i podała kasjerce mówiąc "dobra niech pani kasuje, bo będzie tak ryczał przez pół dnia". Chłopiec widząc sytuację w mgnieniu oka ucichł. Ja musiałam wyjść doupychać torbę na dwór, żeby nie skomentować sytuacji głośno.


Ja na prawdę nie mam nic do tego, że dzieci coś chcą, moje gdyby mogły przygarnęłyby wszystko! Jednak nie pozwalam na to chodźby miały siąść na środku sklepu i ryczeć przez kolejną godzinę, czego nie robią  (na całe szczęście), jednak zdarza im się pokwęczeć, pomarudzić czy się na mnie obrazić. Uczę ich pewnej rzeczy, której wiele osób nie popiera mówiąc, że "są za mali".

Mianowicie uczę ich odkładania pieniędzy do skarbonki na upragnioną zabawkę. Zanim ubierają pełną kwotę minie sporo czasu, jednak mają porządną motywację do oszczędzania. Druga sprawa to system kar i nagród. Czyli jeżeli zasłużą sobie na coś to to dostaną, jeśli zawalą, nie ma. Ciężka praca to nie tylko "praca" sama w sobie, ale również praca nad sobą.
 No i niespodzianki. Czasem lubimy im dogodzić i to porządnie! Ale widząc tą radość nie sposób sobie tego odmówić.. ;)



Spełnianie każdej zakupowej zachcianki dziecka uczy je od małego, że jeśli czegoś chce to mu się należy.  Rodzice bardzo często kupują zabawki dla świętego spokoju na zakupach i w domu, bądź z poczucia winy, że za długo pracują. Oh jak szlachetnie! Jednak dziecku nie potrzeba zabawek! Jemu potrzeba Ciebie. Uciszanie dziecka zabawkami też jest złe. Takie dziecko niestety odczuje w przyszłości skutki ulegania rodziców, gdy coraz starszy nie będzie dostawać od innych tego, czego zapragnie.


Jakie negatywne skutki niesie za sobą wymuszanie dziecka i uległość rodzica?
Przede wszystkim pokazujemy mu, że tym sposobem, nawet gdy usłyszy nie, dostanie to czego chce, w przyszłości będzie wymuszał to czego chce na innych, na pewno już nie płaczem, ale w inny sposób. Nie będzie potrafił jako dorosły człowiek znieść porażki, natomiast każdy sukces będzie łaskotał jego ego, w taki sposób, że będzie arogancki. Nie nauczy się również, że w życiu pracuje się na wszystko i nie zawsze wszystko mieć można.
Potrzeba zaspokojenia zachcianki może doprowadzić do poważnych konsekwencji. Czy warto dla świętego spokoju dawaćwszystko czego dzieć chce? Czy warto narażać tym sposobem jego przyszłość i psychikę?
Na to już musisz odpowiedzi udzielićsobie sama.


Komentarze