Mamo jestem duża!


Ten post będzie wyjątkowy i prosto z serca, na pewno nie raz odczujesz, że chwalę się swoim dzieckiem lub (co gorsza) jestem złą matką. I w sumie ani w jednym, ani w drugim wypadku nie będę miała Ci tego za złe. Jednak do rzeczy.

Choruję na regularne, bardzo mocne prowadzące często dodatkowo do wykańczających wymiotów migreny. Zawsze trwają one od 3 do 7 dni i w tym czasie jestem zazwyczaj żywym trupem. Nie potrafię podnieść się z łóżka, a co dopiero cały dzień bawić się z dziećmi. Zuzia była od małego uczona samodzielności i to jak największej, aby w razie czego potrafiła sobie zrobić jeść między posiłkami, gdy mi się uśnie, a także czym wolno się bawić podczas mojego odpoczynku, gdy mama źle się czuje. Nie był to Jaś, który sypia przez dzień, a dziecko, które raczej szybko przestało miewać drzemki, a co za tym idzie ja również przestałam mieć możliwość odpoczynku.
Mało tego rwa czasem ogranicza moje ruchy, tak jak na przykład teraz, gdzie od dwuch tygodni chodzę o kuli, bo mam ogromny ucisk na kręgosłup. Teraz Zuzia nie jest już sama, teraz dodatkowo ma brata na głowie...


We wrześniu skończy 4 lata, a już potrafi zająć się sobą i młodszym bratem. Wie jak zrobić kanapki, podać wcześniej zrobione lub jaki owoc dać Jasiowi, by mógł go zjeść. Pamięta o myciu ząbków i potrafi umyć dokładnie młodego podczas kąpieli. Wie również kiedy mnie poinformować o czasie zmiany bluzki, pampersa lub dolaniu picia. Gdy trzeba to sprząta mimo ogromnej niechęci.


I mimo, że jako przedszkolak powinna ograniczać się do sprzątania po sobie, mycia i ubierania również tylko swojej osoby i zabawy samej dla siebie to daje radę. Jest samodzielna, a ja dumna, bo wychowuję naprawdę samodzielną i opiekuńczą dziewczynkę. 



Wiem, że może teraz wyglądać to tak jakbym była wymagającą matką, jednak nie jest tak. Dorosłam do tego, by pamiętać, że ona też jest jeszcze mała. Przecież 3.5 roku to niewiele!



Pamiętam jak Jaś się urodził, a mi nagle odbiło. Trzymając w rękach takiego bezbronnego maluszka Zuzia wydała mi się już taka duża. Nagle zaczęłam od niej wymagać nienagannych manier, braku brudnej buzi przy jedzeniu, całkowitego zgadzania się ze mną, a na dodatek tego, by nie robiła przysłowiowych głupot. Na całe szczęście ten terror trwał niecałe dwa miesiące i klepki wróciły mi na miejsce. 

Teraz pamiętam, że to tylko dziecko. Duże dziecko. Samodzielne. Jednak wciąż dziecko.
I to moje dziecko, z którego jestem ogromnie dumna.

Komentarze